Będzie o tym dlaczego pojęcie nicości zajmuje tyle miejsca w życiu wielu ludzi mimo pozornej bezforemności i skąd w takim razie bierze się to słynne ssanie, które wytwarza bądź co bądź to wielkie nic. I…czy na pewno je wytwarza, a jeśli tak do kto ma z tego korzyść.
Jak na coś co z definicji nie istnieje całkiem często można potknąć się o to coś w wypowiedziach ludzi znanych i mniej znanych na całej ziemi.
Jak sobie popatrzymy na wypowiedzi rozmaitych gości, którzy wydawać by się mogło noszą w swoich łepetynach wiele drogocennych dla myślącej części populacji skarbów, to prędzej czy później znajdziemy odniesienie do przyczyny przyprawiającej tych ludzi o zwykły smutek w wyniku braku kompletności z czymś czego za cholerę nie da się zdefiniować.
Używają na to różnych nazw w zależności od temperamentu i doświadczenia lub zwyczajnego widzi mi się. Chodzi o dość tajemnicze ssanie, które każe ludziom coś w życiu robić, mieć cele by czynnościami lub czymkolwiek czym się zajmują, ową przepastną gardziel egzystencjonalną zapchać.
Naturalnie jest to niemożliwe, gdyż ta w obrażona siła co pcha do przodu, budzi ogień, rozpala cygańską duszę, ten wiatr co przeszywa serce, budzi niespokojnego ducha, pcha ku nieznanemu, każe gonić słońce na horyzoncie, nie pochodzi niestety od niczego co było by podobne do znanych nam zjawisk przyrodniczych lub mechanizmów urządzeń (zauważyłem ostatnio iż ludzie w zasadzie klasyfikują na tej podstawie większość wydarzeń) dlatego rodzi się oczywiste niezrozumienie czym spowodowany jest ten stan, rzekomo odpowiedzialny za kreatywność i chęć przeżywania nowości oraz przygód.
Czym więc spowodowany jest to ciśnienie?
Niczym.
Jest ono wyimaginowanym procesem myślowym.
Dlaczego tak jest?
Ponieważ cały czas, nieustannie działa w człowieku prawo odpychania, które kontroluje większość zachowań. Odpychanie działa wobec każdego zjawiska w naszym otoczeniu, które nas od siebie różnicuje inaczej mówiąc uświadamia nam różnicę, osobność roamntycznie można nazwać to samotnością we wszechświecie. Biorąc pod uwagę coraz mniejszy wpływ człowieka na jakość i stan jego środowiska w którym codziennie przychodzi mu żyć, siła ta urasta do rozmiarów trudnych do kontrolowania nawet przez wyjątkowo upartych osobników.
Morale dodatkowo łamie religia, filozofia oraz nauka dokładając nam psychicznej ulgi wobec surowości i wrogości świat zewnętrznego. Już samo zaistnienie pojęcia świat wewnętrzny i jego przeciwieństwo zewnętrzny zapłodniło twór nazywany duszą na zawsze zniewalając chętne umysły w fantazmacie niewidzialnego czegoś co nie umiera i nie ponosząc konsekwencji w kategorii ważności zdeklasowało ciało, które czuje już nawet dziecko w łonie matki. By poczuć duszę musi dopiero stać się człowiekiem wierzącym. Nie ważne w co, większość religii lansuje z powodzeniem tą bzdurę. Kiedy ten proces, całkowicie wtórny do pierwotnego odczucia po narodzeniu a nawet wcześniej dostał społeczną aprobatę? Bardzo dawno temu. Zapewne w czasach mroku i umysłowej suszy. W czasach wielkiego mentalnego kaca planety ludzi.
Pomysł, że ludzie żyją wedle własnych dyrektyw i wyobrażeń w rzeczywistości dla wielu jest nie do zniesienia, gdyż musieli by uznać pełną odpowiedzialność za swój stan. Tego nikt nie lubi, przecież już kilka tysięcy lat ciągnie się za nami “tradycja” zwalania wszystkiego na niewidzialne i niesłyszalne stworzenia zamieszkujące niedostępne nam obszary, a tu nagle trzeba przyznać, że już nigdy nie odzyskamy czasu jaki zmarnowaliśmy na wiarę w cuda obwiniając za swoje słabe dopasowanie antropomorficzne duchy. Paradoksalnie religia niczemu nie wini, to ludzkie potrzeby ja wykreowały, jak zresztą wszystko co mamy.
Tak też było z tą dziurą, którą trzeba czymś zapełnić bo inaczej nas wessie w otchłań pełną czarnej rozpaczy bezczynności i barku sensu (taki prototyp piekła).
Dlaczego trzeba? Bo ciągle wierzymy, że cały czas coś trzeba. Cały czas należy ponosić trud, bo tylko wtedy wyłoni się cel. Cel nie wyłania się od pstryknięcia palcami tu i teraz. Potrzeba lat. Potrzeba ciężkiej pracy, cierpliwości, zwłaszcza zajebiście dużo starej, dobrej cierpliwości, co w znoju i pocie czoła wije niezmordowaną siostrę nadzieję. Nadzieja jest niezbędna, bo wyraźnie pokazuje iż osiągnięcie celu nie stanie się za szybko.
Dopóki ciężko pracujesz, najlepiej nad sobą, masz w tym dużo cierpliwości i nadziei to możesz być pewien, że cel kiedyś przyjdzie, ale na pewno nie dziś czy jutro. W końcu co by znaczyły te wszystkie słowa prowadzące do sukcesu, gdybyś znalazł go za godzinę? Znaczyły by tyle co powinny, czyli nic, czyli brednie.
Działa to w prosty sposób.
Jeśli nie masz w życiu celu, znaczy się że nic nie robisz.
Każdy prawie bez wyjątku człowiek na tej planecie blednie ze strachu przed nic nie robieniem, jak przed jakimś syfem, które kojarzy się z tym że jakiś osobnik w zamierzchłych czasach zachorował, spadł z drzewa, zwija się tam przy korzeniach, muchy po nim latają i na pewno za szybko się nie wdrapie na drzewo spowrotem by się pożywić, a więc chyba zdechnie tam na dole. Był bardzo lubiany w stadzie, to będzie nieodżałowana strata. Dobro= praca. Aktywność oznacza przejaw życia. Marsz w jakimś kierunku zapowiada cel. Brak działania oznacza śmierć.
Tak to działa.
Równając wprost do biologicznie.
We współczesnym świecie ogromnych możliwości posiadanych przez jednostkę przy jednocześnie małym stopniu “konsumpcji” społecznej drzemiącego w ludziach potencjału, prowadzi do niszczącego ludzi procesu. Przez całe życie ludzie stymulowani są do gotowości wytwarzania energii na potrzeby pracy. Z drugiej strony owoce ich pracy odpowiadają coraz mniejszemu zapotrzebowaniu społeczeństwa. Nie mam na myśli fikcyjnych potrzeb wymyślanych dla zapewnienia pracy zbyt licznej ludności w miastach, tylko potrzeb naturalnych, niezbędnych każdemu człowiekowi. Idealnym tego przykładem jest internet, w którym aż kipi od tekstów, których nikt nie potrzebuje i nie czyta, jak na przykład mój blog.
Mnóstwo utalentowanych poetów przepycha swoje liryki przez kabel w nadziei, że świat odpowie im kilkoma sekundami uwagi. Tak się nie dzieje często z uwagi na przepełnienie. Uwydatnia to prawdę, że co na pięciu Petrarków teraz przypada w porywach jedna zwiędła Laura, co bardzo chce ale sama nie wie co i przeważnie się nudzi. Jest podobnie w każdej dziedzinie.
Boom aparatów cyfrowych np. tchnął w piłkarsko-telewizyjnych mężulków duch Horowitza i niektórzy podczas niedzielnego spaceru noszą już po dwie lustrzane spluwy na brzuchu. Pocykali by niebiańskie nogi młodych dziewczyn, ale jeszcze żona zobaczy więc w hołdzie dla muzy produkują seryjne albumy pełne gołębi, swoich żoneczek i zblurowanych kamienic (nieostrych to znaczy takich artystycznych, czerstwy kawałek ze średniowiecza z gadu-gadu). Nikt poza nimi i ich bliskimi nigdy nie obejrzy tych zdjęć. Zarobili producenci koniunktury na spacerowe fotki. Kiedyś też ktoś pewnie na czymś takim zarabiał, nie wiem na co była moda, może na drewniane kajaki do pływania po rzece w niedziele z żoną :)
Po co kupili te aparaty?
Bo czuli pod sobą ssącą dziurę, która każe im się czymś zająć. Podobna siła kieruje mną gdy to piszę, jestem więc w samym sercu gorących wydarzeń, niczym journalista przyklejony do bagdadzkiego muru ;)
Chcieli się czymś zająć, bo to zawsze lepiej coś robić. Ważne tylko by niczego nie zrobić, bo wszelkie starania i czas idą w łeb. Cel osiąga się jak kowal, w pocie czoła, asyście gryzącego dymu, gorącego powietrza i ognia.
Taki obraz przynajmniej hołubi kapitalistyczna firma nazywana od czasu do czasu matką Ziemią.