Polska przeciwko Raportowi Goldstone’a 10lis09 | komentarze 2

Niedawno oglądałem poruszający najgłębszą obawę o kierunek w jakim zmierza nasz świat dokument o bulwersującej sytuacji ludności palestyńskiej w Gazie.

Południowoafrykański prawnik Richard Goldstone przedstawił na forum ONZ raport oskarżający armię Izraelską o zbrodnię na ludności palestyńskiej w strefie Gazy. Szczegóły raportu i postawy poszczególnych państw dostępne są powszechnie w internecie.

W głosowaniu na zgromadzeniu ONZ Polska opowiedziała się za odrzuceniem raportu popierając USA i Izrael.

Brakuje słów by wyrazić ogrom wstydu jaki odczuwam wobec tego faktu jako Polak. Postanowiłem wyrazić swoją postawę tworząc grafikę, którą możecie umieścić jako tapetę na swoim pulpicie, rozesłać znajomym lub wydrukować jako ulotkę wyrażając choćby w tak drobny, symboliczny sposób niezgodę na znieczulicę wobec ludzkiego cierpienia niewinnych ludzi.

Najgorsze jest to, że… znów im udało to zrobić. Po raz kolejny udało im się narzucić kłamstwo całemu światu.


pobierz SAVE GAZA 1900×1200


pobierz SAVE GAZA 1600×1200

1280x1024
pobierz SAVE GAZA 1280×1024

a wonderful gay 20paź09 | komentarze 4

nie, to nie będzie o mnie, a bardziej o tym, że zdaje się pewien impas na skalę globalną szczęknął, jęknął i odszedł w ciemny kąt pod schodami wszechświata. Może ma to związek z osobliwym układem jaki można zaobserwować na nieboskłonie od pewnego czasu. Mam na myśli to:

Za kilka dni, dokładanie 5.11 Merkury wejdzie w bliską styczność ze Słońcem, nic nie wiem na temat częściowego zaćmienia, ale doczytam i zamieszczę tu stosowną informację. Wpływ Saturna można było odczuwać od pewnego czasu (konkretnie od początku października), może to nie jesienna chandra robaczki, może to zżera was czarne promieniowanie Saturna ;) ?

Nie wiem nic na pewno w tym temacie, więc dość mrocznych proroctw. A propos gwiazd. Można mieć rozmaite pomysły na wytłumaczenie świata, który nas otacza, ale wyobraźcie sobie coś takiego.

Może być taki model, że żyjemy wewnątrz czarnej dziury, niczym we wnętrzu gumowej piłki, światła które postrzegamy to otwory w tej piłce, która znajduje się w oświetlonym pomieszczeniu, pełnym energii. To wyjaśnia zjawisko energetycznych pól wokół NOLI, które jak wiele lat postulowali badacze, są zakrzywieniami w naszej czasoprzestrzeni, a nie energią wewnętrzną obiektów.

WSZYSTKIEMU WINNA BOSKA GEOMETRIA.

Posłuchajcie dlaczego ta teoria może mieć ręce i nogi oraz parę ślicznych piersi – opowie wam pan Nassim Haramein. Źródło na forum.

Muszę przyznać, że teorie przesympatycznego Nassima, ukruszyły nieco mój Postument Pewności na temat Fundamentalnych Zasad Budowy Rzeczywistości. I bardzo dobrze, bo jeśli ktoś postuluje niezmienność i wieczność jakiejś teorii i zasady, wszędzie i zawsze stawia się okoniem do dynamiki i zmienności świata. To równie niedorzeczne jak reklama Lalki Prusa w audiobooku na Twoją komórkę. Na szczęście Nassim wydaje się wiedzieć o czym mówi, a to dziś ogromna rzadkość.

Z innej beczki. Gratulacje dla Ciebie Luk za edukacyjny double strike! Well done, son, well done. Takiej kariery naukowej można tylko pozazdrościć. Z tej okazji Życzę drogiemu koledze by w domu nigdy nie pękały Ci żarówki, harmonijka stroiła nawet po moczeniu jej w piwie, od brzmienia basu staniki same pękały oraz stałej opieki nad zatroskanym tuzinem kociaków pokroju Megan Fox. Będę teraz miał z kim powalczyć o Kraków!

nic na ości 16paź09 | komentarze 6

Będzie o tym dlaczego pojęcie nicości zajmuje tyle miejsca w życiu wielu ludzi mimo pozornej bezforemności i skąd w takim razie bierze się to słynne ssanie, które wytwarza bądź co bądź to wielkie nic. I…czy na pewno je wytwarza, a jeśli tak do kto ma z tego korzyść.

Jak na coś co z definicji nie istnieje całkiem często można potknąć się o to coś w wypowiedziach ludzi znanych i mniej znanych na całej ziemi.

Jak sobie popatrzymy na wypowiedzi rozmaitych gości, którzy wydawać by się mogło noszą w swoich łepetynach wiele drogocennych dla myślącej części populacji skarbów, to prędzej czy później znajdziemy odniesienie do przyczyny przyprawiającej tych ludzi o zwykły smutek w wyniku braku kompletności z czymś czego za cholerę nie da się zdefiniować.
Używają na to różnych nazw w zależności od temperamentu i doświadczenia lub zwyczajnego widzi mi się. Chodzi o dość tajemnicze ssanie, które każe ludziom coś w życiu robić, mieć cele by czynnościami lub czymkolwiek czym się zajmują, ową przepastną gardziel egzystencjonalną zapchać.
Naturalnie jest to niemożliwe, gdyż ta w obrażona siła co pcha do przodu, budzi ogień, rozpala cygańską duszę, ten wiatr co przeszywa serce, budzi niespokojnego ducha, pcha ku nieznanemu, każe gonić słońce na horyzoncie, nie pochodzi niestety od niczego co było by podobne do znanych nam zjawisk przyrodniczych lub mechanizmów urządzeń (zauważyłem ostatnio iż ludzie w zasadzie klasyfikują na tej podstawie większość wydarzeń) dlatego rodzi się oczywiste niezrozumienie czym spowodowany jest ten stan, rzekomo odpowiedzialny za kreatywność i chęć przeżywania nowości oraz przygód.

Czym więc spowodowany jest to ciśnienie?

Niczym.

Jest ono wyimaginowanym procesem myślowym.

Dlaczego tak jest?

Ponieważ cały czas, nieustannie działa w człowieku prawo odpychania, które kontroluje większość zachowań. Odpychanie działa wobec każdego zjawiska w naszym otoczeniu, które nas od siebie różnicuje inaczej mówiąc uświadamia nam różnicę, osobność roamntycznie można nazwać to samotnością we wszechświecie. Biorąc pod uwagę coraz mniejszy wpływ człowieka na jakość i stan jego środowiska w którym codziennie przychodzi mu żyć, siła ta urasta do rozmiarów trudnych do kontrolowania nawet przez wyjątkowo upartych osobników.
Morale dodatkowo łamie religia, filozofia oraz nauka dokładając nam psychicznej ulgi wobec surowości i wrogości świat zewnętrznego. Już samo zaistnienie pojęcia świat wewnętrzny i jego przeciwieństwo zewnętrzny zapłodniło twór nazywany duszą na zawsze zniewalając chętne umysły w fantazmacie niewidzialnego czegoś co nie umiera i nie ponosząc konsekwencji w kategorii ważności zdeklasowało ciało, które czuje już nawet dziecko w łonie matki. By poczuć duszę musi dopiero stać się człowiekiem wierzącym. Nie ważne w co, większość religii lansuje z powodzeniem tą bzdurę. Kiedy ten proces, całkowicie wtórny do pierwotnego odczucia po narodzeniu a nawet wcześniej dostał społeczną aprobatę? Bardzo dawno temu. Zapewne w czasach mroku i umysłowej suszy. W czasach wielkiego mentalnego kaca planety ludzi.

Pomysł, że ludzie żyją wedle własnych dyrektyw i wyobrażeń w rzeczywistości dla wielu jest nie do zniesienia, gdyż musieli by uznać pełną odpowiedzialność za swój stan. Tego nikt nie lubi, przecież już kilka tysięcy lat ciągnie się za nami “tradycja” zwalania wszystkiego na niewidzialne i niesłyszalne stworzenia zamieszkujące niedostępne nam obszary, a tu nagle trzeba przyznać, że już nigdy nie odzyskamy czasu jaki zmarnowaliśmy na wiarę w cuda obwiniając za swoje słabe dopasowanie antropomorficzne duchy. Paradoksalnie religia niczemu nie wini, to ludzkie potrzeby ja wykreowały, jak zresztą wszystko co mamy.
Tak też było z tą dziurą, którą trzeba czymś zapełnić bo inaczej nas wessie w otchłań pełną czarnej rozpaczy bezczynności i barku sensu (taki prototyp piekła).
Dlaczego trzeba? Bo ciągle wierzymy, że cały czas coś trzeba. Cały czas należy ponosić trud, bo tylko wtedy wyłoni się cel. Cel nie wyłania się od pstryknięcia palcami tu i teraz. Potrzeba lat. Potrzeba ciężkiej pracy, cierpliwości, zwłaszcza zajebiście dużo starej, dobrej cierpliwości, co w znoju i pocie czoła wije niezmordowaną siostrę nadzieję. Nadzieja jest niezbędna, bo wyraźnie pokazuje iż osiągnięcie celu nie stanie się za szybko.
Dopóki ciężko pracujesz, najlepiej nad sobą, masz w tym dużo cierpliwości i nadziei to możesz być pewien, że cel kiedyś przyjdzie, ale na pewno nie dziś czy jutro. W końcu co by znaczyły te wszystkie słowa prowadzące do sukcesu, gdybyś znalazł go za godzinę? Znaczyły by tyle co powinny, czyli nic, czyli brednie.

Działa to w prosty sposób.

Jeśli nie masz w życiu celu, znaczy się że nic nie robisz.
Każdy prawie bez wyjątku człowiek na tej planecie blednie ze strachu przed nic nie robieniem, jak przed jakimś syfem, które kojarzy się z tym że jakiś osobnik w zamierzchłych czasach zachorował, spadł z drzewa, zwija się tam przy korzeniach, muchy po nim latają i na pewno za szybko się nie wdrapie na drzewo spowrotem by się pożywić, a więc chyba zdechnie tam na dole. Był bardzo lubiany w stadzie, to będzie nieodżałowana strata. Dobro= praca. Aktywność oznacza przejaw życia. Marsz w jakimś kierunku zapowiada cel. Brak działania oznacza śmierć.

Tak to działa.
Równając wprost do biologicznie.

We współczesnym świecie ogromnych możliwości posiadanych przez jednostkę przy jednocześnie małym stopniu “konsumpcji” społecznej drzemiącego w ludziach potencjału, prowadzi do niszczącego ludzi procesu. Przez całe życie ludzie stymulowani są do gotowości wytwarzania energii na potrzeby pracy. Z drugiej strony owoce ich pracy odpowiadają coraz mniejszemu zapotrzebowaniu społeczeństwa. Nie mam na myśli fikcyjnych potrzeb wymyślanych dla zapewnienia pracy zbyt licznej ludności w miastach, tylko potrzeb naturalnych, niezbędnych każdemu człowiekowi. Idealnym tego przykładem jest internet, w którym aż kipi od tekstów, których nikt nie potrzebuje i nie czyta, jak na przykład mój blog.

Mnóstwo utalentowanych poetów przepycha swoje liryki przez kabel w nadziei, że świat odpowie im kilkoma sekundami uwagi. Tak się nie dzieje często z uwagi na przepełnienie. Uwydatnia to prawdę, że co na pięciu Petrarków teraz przypada w porywach jedna zwiędła Laura, co bardzo chce ale sama nie wie co i przeważnie się nudzi. Jest podobnie w każdej dziedzinie.
Boom aparatów cyfrowych np. tchnął w piłkarsko-telewizyjnych mężulków duch Horowitza i niektórzy podczas niedzielnego spaceru noszą już po dwie lustrzane spluwy na brzuchu. Pocykali by niebiańskie nogi młodych dziewczyn, ale jeszcze żona zobaczy więc w hołdzie dla muzy produkują seryjne albumy pełne gołębi, swoich żoneczek i zblurowanych kamienic (nieostrych to znaczy takich artystycznych, czerstwy kawałek ze średniowiecza z gadu-gadu). Nikt poza nimi i ich bliskimi nigdy nie obejrzy tych zdjęć. Zarobili producenci koniunktury na spacerowe fotki. Kiedyś też ktoś pewnie na czymś takim zarabiał, nie wiem na co była moda, może na drewniane kajaki do pływania po rzece w niedziele z żoną :)
Po co kupili te aparaty?
Bo czuli pod sobą ssącą dziurę, która każe im się czymś zająć. Podobna siła kieruje mną gdy to piszę, jestem więc w samym sercu gorących wydarzeń, niczym journalista przyklejony do bagdadzkiego muru ;)
Chcieli się czymś zająć, bo to zawsze lepiej coś robić. Ważne tylko by niczego nie zrobić, bo wszelkie starania i czas idą w łeb. Cel osiąga się jak kowal, w pocie czoła, asyście gryzącego dymu, gorącego powietrza i ognia.

Taki obraz przynajmniej hołubi kapitalistyczna firma nazywana od czasu do czasu matką Ziemią.

iMaginacja 14paź09 | komentarze 5

Kilka słów o wyobraźni,
( istotnej przeszkodzie na drodze do posiadania zadowolenia z życia )
zawartość powyższego nawiasu może dziwić, jednak okazuje się to prawdą w wielu wypadkach, np moich oraz osób z którymi od czasu do czasu mam do czynienia. Opiera się to o bardzo dobrze znaną i całkowicie nierozumianą rzecz. O pamięć. Nie będę wspominał po raz tysięczny, że U.G. Krishnamurti o tym wspominał, by nie rzucało się zanadto w oczy, że człowiek zna odpowiedź na większość palących problemów ludzi. Nikt tego nie lubi ostatecznie, w końcu najbardziej nienawidzi się ludzi którzy są pewni tego w co wierzą.

O co chodzi z ta pamięcią? To banalne.

Wyobrażasz sobie model siebie, trzymasz to w pamięci, a potem patrzysz jak w ciągu życia nie pasujesz do swojego własnego modelu.

Nie ma możliwości wystrugać siebie w wyobraźni i zmieścić się w tym wizerunku, zachowując pewność siebie i poczucie spełnienia.
Po prostu jest to niemożliwe.
Z wielu powodów, jednym z nich jest brak instrumentów przewidywania zdarzeń, która to możliwość konieczna byłaby do zaitnienia nas samych w naszym wyimaginowanym modelu. Jeszcze bardziej trudne do uwierzenia jest to, że żyje tak około 90% społeczeństwa.

Nie wierzysz?

Rozejrzyj się i porozmawiaj z ludźmi o ich aspiracjach, marzeniach i wizerunku ich samych, jak siebie widzą. Większość odpowiedzi bazować będzie na czasie przeszłym lub przyszłym, co nieomylnie podpowiada każdej myślącej biomaszynie jaką niewątpliwie jesteśmy, że ludzie Ci mówią o iluzjach, które żywią swoją wiarą, o marzeniach o snach , etc.
Nie o rzeczywistości.
Gdybyś miał filozoficzną wątpliwość co to jest rzeczywistość, jest to moment w którym się znajdujesz, nie wczoraj ani nie jutro, ale właśnie teraz, kiedy spróbujesz zrobić cokolwiek świadomie i “skonsumujesz” tą czynność jako tu i teraz. Dośç szybko zorientujesz się iż postępuje tak większość Twoich znajomych oraz rodziny.

Nie daj się przez to wpędzić w przygnębiające samopoczucie, czy depresję.
Masz swoje życie i guzik może Cię obchodzić  senność innych.

Np tak zwane “bycie sobą” to transowa mantra powtarzan przez śpiących, to po prostu ich osobisty wytwór utkany z wyobraźni, no bo co do cholery oznaczać może bycie sobą?
Nie wystarczy, że jesteś sobą, masz wytworzyć jakiś dodatkowy stan, który polepszy Twoją naturalność?
To totalna bzdura, spójrz ilu ludzi chodzi sfrustrowanych bo ciągle nie mogą poczuć się sobą, bo ciągle słyszą wokół “wyluzuj się, bądź naturalny” (jakby wszyscy od urodzenia byli sztuczni i nienaturalni), bądź sobą. Ludzie chodzą wkurzeni bo ciągle nie mogą znaleźć tego stanu, w którym poczują się swobodnie, w którym poczują się przede wszystkim prawdziwie, poczują sens tego co znajduje się za i przed nimi. Kupują więc różne ciuchy by stworzyć image osób, które najbardziej pasują do ich wyobrażenia siebie samego. Kupują masę tego niepotrzebnego gówna, wydając ciężko zarobione pieniądze, które ani na moment nie przybliża ich do faktycznego spełnienia swoich pragnień, jedynie mami bliskością, podobieństwem do wyobrażonego idola, reprezentującego często zapożyczone od innych potrzeby i cechy.

Widzicie teraz jakie to jest jebnięte?

Tabuny ludzi pędzą w kierunku rzeczy, zachowań i stylów życia, które w ich wyobraźni najlepiej wyrażają fikcyjne osobowości jakimi zapragnęli się w pewnym momencie życie stać. Totalnie chora sprawa. Co można powiedzieć tym ludziom? Można ich zadać im kilka pytań, np:

Pamiętasz kiedy Ty postawiłeś/postanowiłaś stać się wytworem własnej wyobraźni?

Pamiętasz kiedy odłączyłeś/aś się od tego co działo się przed Twoimi oczami, zamieniając to na wyobrażonego Ciebie?

Czy dzieje się to pod wpływem bólu, smutku i cierpienia wobec bezdusznych i martwych wymogów społecznych i rodzinnych?
Być może, ponieważ wymienia się tylko to co się w życiu z reguły nie sprawdza.
Twoja osoba, postawa, cele cokolwiek jest krytykowana przez otoczenie, więc zamiennie wybierasz bezpieczny, akceptowalny model. Nikt się jux nie czepia.
Oczekujesz więcej niż dostajesz, również zakładasz iluzoryczną maskę, by nie czuć się jak pazerny sęp, że sięgasz po więcej niż społeczeństwo CHCE Ci dać. To ważne, by zobaczyć, że ten system kamuflażu ma całkiem ludzkie emocje, to w voodoo, gdzie pozornie martwe rzeczy mają myśli i emocje.
Sam zbadaj ilu ludzi tak żyje bez refleksji nad szkodliwością tego systemu?
Zdziwisz się.
Chyba, że ciągle sam/a tłumaczysz się przed samym sobą, dlaczego nie jesteś taki/taka jak byś chciał/a  być, dlaczego nie robisz tego czy tamtego, a tak bardzo moco sobie wyobraziłeś/łaś, że tak będzie.

Wiem, że to dość przygnębiający tekst, na szczęście macie różne używki, które oprócz tego, że zubażają wasze ciężko zdobyte zasoby pieniężne, niszczą kruchą stabilność pracy organów wewnętrznych, paraliżują wasze plany i przybliżają was do stanu gleby to wspaniale poprawiaja humor i sprawiają, że można mieć wszystko w d. (nawet siebie samego jak przecholujecie) :)

na początku był poniedziałek 12paź09 | komentarze 0

Miałem ostatnio sporo czasu na refleksje z okazji tygodniowej gościny wirusa niewiadomego rodzaju i pochodzenia, który nie wykazując się dobrymi manierami nie raczył się przedstawić, zastanawiałem się więc częściej niż zwykle ile jest w rzeczywistości prawdy w informacjach zawartych w konspiracyjnych teoriach. Sam już nie wiem. Te historie budzą prawdziwy lęk bo gdyby okazały się faktycznymi opisami procederów rozgrywanych przez polityczno-bankierskie kartele
za kulisami życia społecznego to nie chciałbym żyć w takim świecie. Zdecydowanie nie chciałbym.

Wczoraj na słupie przy poznańskim Placu Wolności zauważyłem ulotkę zapraszającą na spotkanie Klubu Wolnej Myśli na którym odbędzie druga z kolei po “Union” projekcja. W środę mają emitować “Kymaticę”, miłośnikom “konspiry” nie musze tytułu przedstawiać, laicy mogą zapoznać się z pozycją tu. Wybrał bym się. Pewnie zostanę w domu i jakoś pomysłowo zmarnuje ten czas, bo gdzieś głęboko w środku czuję, że publiczne pokazy takich filmów, budowa ruchu na bazie dekonspiracji, budowanie jakiegokolwiek zagęszczenia wokół tych sytuacji stanowią zagrożenie dla wolności tych inicjatyw.
Dlaczego?
Dlatego, że nie można mieć pewności, czy te treści nie posłużą komuś do zdobycia jego własnych celów lub jako produkt dla wylansowania innej prawdy niż jest w nich przedstawiona. Moim zdaniem powinny pozostać neutralne, to dla nich najlepszy biotop. Z kazaniem na górze też ktoś zaczął kombinować i nie wyszło z tego nic dobrego patrząc na skutki działania monstrum toczącego choroba umysły milionów. Coraz bardziej wątpię czy kiedykolwiek znajdzie się na to lekarstwo.

Wracając do klubu to zdaje się ma lewicowe korzenie, ale przekonać się muszę osobiście taszcząc tam swoje szanowne cztery litery, a nie ferować wyroki sądząc po widzimisię jak niektórzy “oświeceni”  przez brak wiedzy i rozeznania przeciwnicy teorii spiskowych. Niektórym trudno załapać, że są to tylko teorie, ale po co o nich pisać, w maliny z nimi.
Z drugiej strony to dobrze, że są nawet najmniejsze oznaki zainteresowania tematem, ponieważ stwarza to szansę na jakiś twórczy proces w jego obrębie. Nudno by było powtarzać cały czas w kółko te same treści, niestety nawet w teorie konspiracyjne nie uciekną od wymogów ewolucji (sic!) Było by tylko miło gdyby nie okazało się to tylko chwilową modą na undergroundowe, para new age’owe filmiki o szlachetnej walce klas. Bardzo bym się rozczarował gdyby tak się okazało.

Na koniec dobra nowina:  jak donosi blog PRACownia jest już angielskie wydanie książki prof. Shlomo Sanda (Zanda) pt. “The Invention of the Jewish People” (Wynalazek zwany narodem żydowskim). Czekamy na polskie wydanie z naciskiem na czekamy.

OPTYMALIZACJA ALGORYTMÓW WYZNACZANIA RUCHU CIECZY LEPKIEJ METODĄ DEKOMPOZYCJI POLA PRĘDKOŚCI 01paź09 | komentarze 5

Gdybym sobie zrobił konkurs na najbardziej pojechany tytuł wpisu, ten by wygrał. Gdybym sam nie był pojechany nigdy nie nazwał bym tak wpisu o poważnej sprawie. Gdybym nie myślał ciągle o poważnych sprawach nie mógłbym zauważyć, że tak na prawdę wszystko jest wielkim kosmicznym żartem. Nie mam tu na myśli żartu w stylu dyskordii ale takiego prostego dowcipu jakim zdaje mi się czasem świat i ludzie.

Postrzeganie świata jako kawał, to niesłychanie ważna postawa dla utrzymania zdrowa psychicznego. Tak sobie powiedziałem dziś w pracy idąc po schodach z pełną gorącej mate tykwą, chwilę później przeczytany artykuł o objawach depresji tylko mnie utwierdził w tym przekonaniu. Kiedy poczytacie o objawach takich przypadłości jestem więcej niż pewien, że większość z was znajdzie je u siebie. Nie wiem czy to nie brzmi złowieszczo ale może jest tak, że całkiem spora część społeczeństwa cierpi na przypadłości związane z rozpadem naturalnego trybu życia. Chyba to zbyt paranoiczne. W czasach i miastach w jakich żyjemy nic nie może być zbyt. Ze wszystkim trzeba się ładnie uporać, bo inaczej czujesz, że jedziesz na tylnym siedzeniu. Wszystko tu musi być gładkie. Potem artykuł “Czym różnią się stany lękowe od naturalnego lęku” pogrąża mnie na dobre w rozmyślaniach o tym czym na prawdę jest nasza osobowość i dlaczego nie mam pojęcia gdzie jej szukać. Myśli krążą wokół zen. Pamiętam swoje odwiedziny w sąsiedzkiej sandze, czarną poduszkę, białe ściany i zagadkowy posążek na środku. Cały czas nie mogę skupić się na medytacji bo dręczy mnie kogo przedstawia ten cholerny posążek. Wszędobylskie plakaty w całym mieście. Z każdego z nich mistrz Kaisen potulnie transmituje ludowi swoje spojrzenie poczwórnych oczu. Nie chce dziś pisać o niczym złowieszczym. Mży, niebo zasłaniają okopcone, waciane zasłony, żółte liście za oknem sypią się z drzewa jak z rozprutej pierzyny. Znowu za dużo myślę, za dużo mi się wydaje. Mate całkiem wystygła, więc idę po dolewkę. Nigdy nie uda mi się zoptymalizować tych algorytmów. Przynajmniej do czasu gdy jedna nieporządana postawa przestanie rządzić pozostałymi. Kończy się ładna, nastrojowa pogoda, zaczyna się przejaśniać i wychodzi słońce, a zdawało mi się, że będzie tak wspaniale cały dzień. Już widzę, że nic z tego. Wczoraj pogrążony w najbardziej debilnym zajęciu na świecie widziałem nawet nic z niczego. Tak czasem bywa.

powody do wtorku 29wrz09 | komentarze 0

Tytuł wpisu jak zwykle ma intrygować a nie informować, proszę mi wybaczyć tą przewrotność, ale po pięciu latach spędzonych w agencji reklamowej cieszę się że mam tylko takie fanaberie.

Piękny pochmurno deszczowy wtorek po niewyspanej nocy nastraja nader optymistycznie, zatrzymajmy się więc na chwilę przy aktualnym wydarzeniu w Chile, gdzie najwyraźniej tytani natury budzą się z letargu. Gigantyczny wulkan Chaiten zaczyna warczeć ze swojej nory plując swoimi wyziewami na chilijskich wyzyskiwaczy ludu (trochę popłynąłem). Całość galerii można zobaczyć TU

Niesamowite zdjęcia chyba przyznacie, ale nie o wulkan się dziś rozchodzi. Te poruszające obrazy mają dla mnie odbicie w mikrokosmosie pojedynczych, osobnych wręcz wyizolowanych dusz samotnie spacerujących po zatłoczonym świecie. Wedle maksymy urodziłeś się sam, umrzesz sam wyczytanej na jakiejś paczce z chrupkami do mleka, dzielnie stąpam po ziemskim padole pełnym popiołu i łez z nieukrywanym grymasem nie dowierzenia, że to wszystko ma jakiś sens. Pracujesz całe życie by osiągnąć jakiś cel, jesteś blisko, jesteś na prawdę tak blisko, że czujesz zapach cielesności swojego celu. Nazajutrz pieprznie taki wulkan jeden z drugim i budzisz się na pogożelisku, które jeszcze wczoraj było Twoim domem. Nic na to nie poradzisz. W takich sytuacjach nasuwa się pytanie czy warto o cokolwiek zabiegać trwoniąc swoje życie na wyimaginowane cele? To słowo warto ma zapewne swój korzeń w wyobrażeniu przyjemności odczuwanej w kontakcie z upragnionym celem/stanem. Jednak życie pokazuje, że goniąc króliczka jest przyjemniej niż go mając, co więc robią Ci wszyscy ludzie mając te swoje cele? Wizualizują hipotetyczną przyjemność i korzyści płynące kiedyś w oddali zapominając o jakości życia tu i teraz. Wszyscy ludzie, którzy zaznali spokoju za życia jak to nazywam, wspominali o wydarzeniu, które odciska niezapomniane piętno wpływając, ba, całkowicie nawet odwracając bieg dalszej egzystencji zarówno w obrębie charakteru, podejścia do wydarzeń, widzenia rzeczywistości etc. U. G. Krishnamurti opisywał to wydarzenie jako dotknięcie przewodu elektrycznego, w którym płynie prąd życia w momencie kiedy człowiek całkowicie się poddaje, kiedy poddaje się światu, bo to nie to, że nie ma już siły walczyć, ale całkowicie jest pewny, że jest bezbronny wobec życia, że nie jest w stanie stawić oporu tej wielkiej sile. Tylko wtedy można doznać tego stanu, można, bo podkreślić należy iż nie jest na to wydarzenie nie ma żadnego wpływu. To coś w stylu powiedzenia niech się dzieje wola nieba, ponieważ to określenie wytwarza całkowitą pustkę w naszej kreacji myślowej, zgadzamy się z nieznanym, dlatego ma szansę coś zaistnieć. Normalnie umysł projektuje wszystko odgrzewając stare kotlety przeszłych doznań, dopóki nie zrobi się miejsca na coś nowego przychodzi tylko stare. Jednym się przydarza dotknięcie tego życiodajnego przewodu innym nie i nic się na to nie poradzi, można tupać ile wlezie, zaklinać dowolne bóstwa, czarować w lesie, zaklinać geometryczne wzory i daje to wszystko tyle samo co pójście na piwo. U.G.K. też by się chyba z tym zgodził o ile on w ogóle jest w stanie zgodzić się z czymkolwiek.

No ale, ale. Jeśli nie ma naparzającego wulkanu, ani nie leżymy bezbronni na łące, przygnieceni 30 tonowym odważnikiem ważności życia, to jak wytłumaczyć taki np splin?

W naszej egzotycznej kulturze wszystko musi mieć jakiś powód, a jeśli go nie ma to zjawisko uznaje się za urojone. Może to i lepiej, że nikt się nie dobiera do tych powodów, jeszcze zgasła by ostatnia iskierka piękna na świecie. Na temat powodów zjawisk to takie klepanie jak naukowcy na temat zjawiska NOL:

naukowiec: NOLe nie istnieją.
ufolog: istnieją, ludzie je widzą na całym świecie.
naukowiec: nie istnieją, przykro mi.
ufolog: dlaczego?
naukowiec: bo nie zostawiają śladów, wiemy, że są niedźwiedzie i możemy je badać bo zostawiają ślady.
ufolog: ale NOLe nie zostawiają śladów jak niedźwiedzie.
naukowiec: dlatego nie istnieją, wszystko w nauce jest jasne.
ufolog: lecę, pozdrów żonę i kochankę.

Tym akcentem zakończę bo i tak już wszyscy się zorientowali, że nie mam dziś nic do powiedzenia (U.G. by się nie zdziwił).

projektowanie na kolanie 28wrz09 | komentarze 7

Po nieco drętwym projektowo i inspiracyjnie okresie letnim przyszła cudowna ożywcza jesień z rześkim choć chłodnym powiewiem nowości, który najwyraźniej przewietrzył mi nieco głowę wydmuchując z niej gorące krople słońca, górskie, czerwcowe kamienie, zielenie i ziołolenie i te wszystkie soczyste pyły jakie natura rozdaje gorącym umysłom w spazmach po swoich letnich orgazmach. Wiuuu i już ich nie ma.

Przyszło poprojektować.

Dwa kreatywne zlecenia oba dotyczą stron internetowych, jedno wygórowane technicznie, pełne zakrętów na których utrzymam się tylko jeśli wejdę na nowy level technologiczny, drugie w zasadzie było obiektem moich pragnień od dawna, bardzo kreatywne pod kątem ciemnych fantasmagorii przełożonych na język ciężkich brzmień.

Przy tej wspaniałej okazji powróciło pytanie o podstawowe kwestie dla projektanta graficznego, którym jest zorganizowanie miejsca do pracy. Jak wiadomo jest gatunek zwierzęcia graficznego, który pracuje w domu na domowym, prywatnym komputerze nazywany freelancerem pospolitym i mu to w ogóle nie wadzi, że pracuje tam gdzie wypoczywa i żyje. Drugi gatunek ma gorzej, nie dość, że mu się kłóci domowe otoczenie komputerowe z pracowym, to jeszcze nie może się skupić bez osobnego miejsca do pracy, zorganizować i w ogóle idzie wszystko jak po grudzie.

Zastanawiałem czego jest to kwestia?

U.G. Krishanmurti powiedziałby: thinking, assholl, Karion nie dodałby nic błyskotliwego, ale zrobiłby minę jakby się zgadzał, ja nie wiem, ale pewnie się zgodzę z panami powyżej. Myśli leżą u podstaw każdego działania, więc dlaczego miało by być inaczej? Nie jest tajemnicą że, każdą myśl podobnie jak dźwięk da się przestawić lub bardziej dokładnie dostroić, a jak? tak jak w muzyce- innym dźwiękiem. Sam ostatnio zaczynam to sobie wpajać, by unikać pewnych zachowań dostrajając się przebywaniem w pobliżu przedmiotu, myśli lub otoczenia symbolizującego zachowanie jakiego pożądam. Działa? Owszem. Zawsze działało o czym wiedzieli już starożytni tworząc kilka bajek, w które bawią się do dziś dorośli przebrani w fikuśne kiece o tajemnych symbolice. Ale działa, zostawmy więc panów w kiecach, którzy machając różdżką puszczają oko, że to symbol falliczny ;)

Tak więc dostrajając się można zmienić swoje nastawienie i nie odczuwać przykrych skutków dyskomfortu, po to by cieszyć się owocami swojej pracy i przebywać bez zahamowań w otoczeniu pełnym inspiracji, czego każdemu życzę. No może kilku osobom nie, ale jak w tym dowcipie “gówno widzi gówno, Budda widzi Buddę”.

No dobra ale jak można to zrobić zapyta ktoś z niesmakiem patrząc na swoje stare miejsce, wytarty fotel, tona gratów delikatnie odsłania niczym dumną Anapurnę czubek obudowy kompa, na pulpicie same kuszące skróty do gierek lub innych uciech, pierwsze pająki, które pokryły tablet pajęczyną doczekały się wnucząt, zero kartek, pisaków, światła oraz wolnego miejsca i co gdzie tu klimat do projektowania? Może zleciał za biurko bo już się nie zmieścił? Warto zerknąć, byle w masce by nie udusić się od kurzu, przy gruncie przeważnie jest mniej tlenu.

Grunt to dobre miejsce

Można na znudzoną żonę, czyli przemeblować pokój stawiając biurko w innym miejscu, jakim?
najlepiej takim gdzie najchętniej zasypia kreatywny kot. Kreatywny kot to typowy miernik występowania pola inspiracyjnego, podobnie jak różni odpaleni bliźni mierzą cieki, ścieki i inne fengszuje. Skąd wziąć kreatywnego kota? Na pewno nie z kibla, no bo skoro tam się znalazł to raczej nie błysnął kreatywnością. Najlepiej ze schroniska, można wodzić Worholem przed klatkami i jak któryś zamruczy to bierzemy, hops do domu, tam gdzie zaśnie stawiamy biurko.
Pamiętamy by miejsce było dobrze oświetlone prze dzienne światło, a nie sztuczne, ponieważ kolory postrzegane w naturalnym świetle mają bardziej uspakajające działanie na klientów, którzy nie dzwonią z tak częstymi pretensjami jak w wypadku kolorów wybieranych przy świetle sztucznym sztucznym lub wypalonym i nieskalibrowanym monitorze, że przecież zamawiali czerwone tło, a nie pomarańczowe. Wyzywanie ich od tłuków i ignorantów i że nie mają pojęcia o malarstwie nic nie daje, że my przy sztaludze pół życia a oni z kolorami tylko dzięki kolorowej tv mają coś wspólnego tym bardziej. Skutkuje to tylko mniejsza liczbą cyferek na koncie, nie wiem czemu, ale tak jest zawsze jak pracuje się nad stroną internetową lub drukiem po ciemku lub przy świetle sztucznym. Może kiedyś się dowiem co rządzi tą zasadą.

Porządek w miejscu pracy to porządek w umyśle

Bierzemy dużą niszczarkę, małą siostrę lub buldożka francuskiego whatever wrzucamy tam wszystko z biurka (poza kolekcją pathy do Gothic 3, bo będzie dramat, zgrzytanie zębów potem i płacz) zostawiając duże pole (duże mam na myśli pole gdzie możesz np usiąść a nie ledwo ułożyć ołówek) dla czystych kartek,  po które osobiście pójdziesz do sklepu papierniczego, a nie podpierdolisz z pracowniczego ksero, sztuka wymaga poświęceń, czym bardziej Ci nogi w dupę wejdą od biegania za sprawami zlecenia, tym bardziej nie będzie Ci się chciało podchodzić do niego mniej poważnie. Kolej na zorganizowanie sobie kreatywnego kubeczka (frustracja przychodzi niczym tsunami, gdy zorientujesz się jak ciężko zorganizować jakiś pojemnik pomimo lasu pustych pod biurkiem) na komplet (mam na myśli więcej niż dwa) pisaków, tak, pisaków a nie wiejskich, koszmarnych, odpustowych długopisów, pisaków dobrze kreślących linie różne grubości, pamiętasz ile ton takiego szpeju miałeś w plastyku? Dlaczego nagle przestałeś ich potrzebować, pamiętasz kiedy to się stało? Wróć do lepszych czasów, puść lekko dwie stówy na przybory rysownicze tak samo jak puszczasz na drinki w piątek pomyśl o ile lepiej się poczujesz.

Dotykaj papier, podziwiaj czcionki, gładź…

Jeśli już wszystko masz kup w empiku kilka designerskich magazynów branżowych, jest kilka na prawdę wartych uwagi. Może nie dostrzegasz już różnicy w czcionce drukowanej na papierze, który kiedyś pachniał farbą, a teraz wali ołowiem, a spikselizowanymi krzakami na monitorze, które nigdy nie będą drukiem, ale szybko obudzisz stare miłości (nie mylić z byłmi). Inspiracja przychodzi szybko, widzisz kolesi, którzy nie marnują życia na bzdety, tylko uparcie prują na przód tworząc światy pełne kunsztu i wzlotu wyobraźni. Ty też tak chcesz i możesz, tylko to się liczy. Sam zobaczysz jak szybko napełnisz się pomysłami wystarczy poprzebywać w otoczeniu, które zawiera w sobie to czego potrzebujesz. Zobacz wszystko w nowym świetle, to Ty jesteś źródłem swojej inspiracji, potrzebujesz tylko małego impulsu.

No i podstawa, bierz się do pracy :)

dziesiąty szpej 17wrz09 | komentarze 1

Lampa w pokoju,
subpixel szlachetnego gazu
w kwarcowej koronie.
Czarne znamiona wejść i wyjść na ścianach,
pod oskalpowanym z tapety sufitem.
Gruby, czarny kot snuje się po
chudych, starych krzesłach,
pobielałych jak ożywieńczy garnizon.
Cały dom po szesnastej
trzeszczy w szwach,

Całkowicie nudny, nieinteresujący widok.

(czwartek, 15-ta, ja)

W totalnie pogrążonym w absurdzie niczym śliwka w powidłach dzień można napisać tylko coś o absurdzie. Nie powiem, że zdarzyły się ostatnio sytuacje i okoliczności miłe, lecz w rozrachunku dziennym rejestruję skalę absurdu przekroczoną tak, że strzałka na wskaźniku absurdalności pękła i wybiła szybkę, zaraz po tym jak złamała czerwony ogranicznik z napisem poziom krytyczny ABSOLUTNY NONSENS. Nie mogę już pracować tam gdzie do tej pory, cała inspiracja życiem fruwa w toalecie pikując w czeluść.
Miałem zrobić obrazek do postu jak zawsze kiedyś robiłem obrazki na tym szablonie. Miałem ich całą kolekcję, przeglądałem jak egzotyczne znaczki, bardzo lubię takie drobiazgi, małe formy przypominają owady, których każdy detal to budowlany majstersztyk natury. Widać to niestety głównie pod mikroskopem. Jak wiemy owady niechętnie wchodzą pod mikroskop i tu pojawia się dość syficzna sytuacja, której wolałbym nie rozdmuchiwać. Ciekawe czy to prawda, że przez to ma się zadatki na seryjnego mordercę. Na pewno nie.

Moja niesamowita siostra znalazła gdzieś, nie wiem gdzie, fantastyczną muzę, chłopcy nazywają się Lounge Lizards, polecam szczególnie kawałek Voice Of Chunk dla mnie ogień.

muszę już wychodzić z pracy więc nie zrobię dziś żadnego obrazka do postu, może jutro. A tytuł postu jest przypadkowy.

pajarito, pajarito (nuci) i piąteczek 11wrz09 | komentarze 1

To że piątek jest kluczowym etapem mojego życia, przekonałem się już w szkole podstawowej. Potem długo i wytrwale uczyłem się celebrować te wspaniałe kamienie milowe egzystencjalnej ścieżki. Aktualnie doszedłem do perfekcji. Siedzę oczywiści w pracy jak zwykle o tej godzinie. Zdawało by się, że pochłaniają mnie typowe czynności pracownicze jak moich kolegów i koleżanki…a jednak. Życie często zaskakuje nas iluzją tak doskonałą, że nawet najwprawniejsze oko ma trudność z dostrzeżeniem drobnych znaków, które świadczą, iż pochłania mnie coś zupełnie innego.  Z pewnością otoczenie ciekawszej i lepiej płatnej pracy dostosowanej do moich możliwości  nigdy nie wyhodowało by takiej sytuacji, ale mój aktualny biotop pracowniczy jest fatalnie zoptymalizowany. Bez czarów, moja firma poziomem kąsa glebę w najwyższym locie. Mam nawet problem ze zbilansowaniem rachunków tydzień po wypłacie. Zmuszony więc jestem odcinać pazerne macki tego pasożyta, który lgnie do mnie niczym kłęby chmielu na wiosnę i oddawać się bardziej lotnym zajęciom. Jeśli nie przestrzega się przepisów BHP dla swojej karmy, nie można mieć potem pretensji, że nasze życie zamienia się w syf.

Popijam sobie godną yerba mate “Pajarito”. Wyraźny, intensywny smak, przywodzi na myśl mi śliwkowy tytoń do skrętów dobrej marki, wilgotny i pachnący zaraz po otwarciu świeżej torebki, trochę też rudawy mech, co porasta grube, leśne  konary okalane pachnącymi wrzosami, tuż przed jesiennym zachodem słońca, trochę też zapach starej łodzi na jeziorze, gdzie wiesz, że nikt nie będzie ci przeszkadzał, trochę zapach deszczu w parku, w pochmurny poranek tak jak niedawno wydarzył się cudowną wrześniową porą, którą musiałem spędzić gdzie? w pracy. Sączę gęste pajarito z mojej nowiutkiej tykwy Gaucho przez nowiutką bombillę Amigo myśląc gniewnie gdzie teraz mógłbym być, a gdzie jestem. Dobrze, że studzi moje nastroje niezawodna drużyna buddyjskich mnichów, zawsze mnie to relaksuje. Czas zbierać manele i ruszać na spotkanie piątku, twarzą w twarz.

...na tropie Yeti

nikt go nie widział, ale wszyscy wiedzą, że jest